Newsletter

Nadchodzące wydarzenia

No Calendar Events Found or Calendar not set to Public.

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem

RELACJA z trasy HipHopHeadz Joints vol. VI

wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
Wydrukuj
RELACJA z trasy HipHopHeadz Joints vol. VI
15424 22

Trasa Apollo Brown, Guillty Simpson i Torae po czterech miastach Polski to coś, co miało szansę pobudzić ducha prawdziwego Hip-Hop'u w kraju wódki i kiełbasy. Czy się udało? Łącznie na koncerty przyszło ponad 1000 osób i to oni mogliby odpowiedzieć na to pytanie. Jako świadek wszystkich 4 koncertów mogę powiedzieć od siebie, że amerykańskie gwiazdy rapowej sceny pokazują nam całkowicie inny świat, w którym niezmiernie ważna jest jakość występu, o czym mam zamiar w tej relacji, która właściwie stała się mini-felietonem, napisać.

Jak to wyglądało? Pierwszy na mapie był Szczecin. Klub City Hall odwiedzali już Polacy, Amerykanie, Niemcy... Pomimo ciemnych, niskich pomieszczeń, ludzie czują się tam wyśmienicie. Niska scena daje bliższy kontakt z wykonawcami. Jako lokalny support pokazała się ekipa Polhaszu, z Polski przyjechali: MAZ & Chok, Pasjonaci, ZGAS ze swoim BeatBox showcase, Ematei Duch i DJ Feel-X, który zagrał potem także afterka. Gdy nadszedł czas na występ zagranicznych gości, wszyscy mieli już odpowiedni stan. Zaczęła się magia. Punkt 1. to brzmienie. Apollo Brown nie zostawił nic przypadkowi, jeszcze na soundchecku, po kilku minutach oceny pomieszczenia i sprzętu, pokręcił z niezadowoleniem głową podszedł do konsolety, wysterował właściwie dźwięk dopieścił equalizację i nagle wszystko stało się jasne i przejrzyste. A bas? Bas masował żołądki, serca koiły sample, wyraźnie odcinające się na tle tłustych bębnów. W tym momencie już wiedziałem, że podczas trasy będzie to dla mnie niezwykła przyjemność obserwować proces, dzięki któremu powstaje koncert, w odróżnieniu od występów, które przypominają czasem raczej karaoke. 

Wracając, zaczął Torae, dla którego był to drugi występ w grodzie Gryfa. I zapewne miało to duży wpływ na jego odbiór przez szczecińską publikę. Wyraźnie widać było, że pierwszy raz zachęcił do sięgnięcia po płyty i studiowania wręcz twórczości Nowojorskiego rapera. Torae ma wspaniały kontakt z tłumem pod sceną. Zagaduje, a nawet jeśli zwraca komuś uwagę (o tym później), jest w tym na tyle autorytatywny, że nawet krytykowani nieczują się odrzuceni, raczej nauczani. Moc „Double Bartel" w wykonaniu koncertowym rośnie potrójnie. Słowianie nie mają problemu z powtarzaniem refrenów: „do it now, get it done", natomiast „What's love", na każdym z koncertów wjeżdżało na tzw. pełnej ku...Następny w kolejności miał być Guillty Simpson z Apollo Brownem. Gdy Apollo wszedł na scenę, zapowiedział że nas trochę rozgrzeje. Zaczął puszczać bity - ah, co to była za przyjemność. Wyglądało to jakby sam był częścią każdego dźwięku swoich produkcji. „Just listen to this melody" krzyczałem za każdym razem, jak słyszałem ten bit. Hitem był dla mnie sampel wycięty z Queen „MAMAAAA, U Uu U, U Uu U..." Po kilku bitach na scenę wchodzi Guillty Simpson. Jego, że tak się wyrażę, stoicki spokój w głosie, pewność wykonania, dykcja i charakterystycznie przerzucony kabel od mikrofonu przez ramię spowodowały dreszcze, chciałem więcej i jeszcze. „I can do no wrong!" I rzeczywiście, bo przecież jakie to zło dawać tyle radości ludziom na całym świecie? 

Śląsk. Jastrzębie Zdrój i klub Kontakt. Wtorek. Niestety ludzie w Polsce nie są przyzwyczajeni do chodzenia na koncerty w środku tygodnia. Klub Kontakt, choć bardzo fajny klimat nie przyciągnął zbyt dużej publiki. Może klub jeszcze zbyt młody, może miasto za małe, ale klimat który tam poczuliśmy był prawdziwy. Nie miałem okazji zobaczyć wszystkich suportów, więc trudno byłoby mi napisać cokolwiek, ale udało się zobaczyć Heavy Mental, zresztą byli oni z nami już do samego końca trasy. Świeża, fajnie zgrana ekipa + mocne bity od Młodego + DJ HWR = naprawdę dobre podkręcanie zabawy przed koncertem gwiazd wieczoru. Widać, że chłopaki nie siedzą przed monitorami na portalach społecznościowych, tylko swoją zajawkę przekuwają jak żelazo na arsenał koncertowych bomb. Po Heavy Mental na scenę wkroczyłem ja: Tony Jazzu, weteran, dinozaur, człowiek orkiestra. W Jastrzębiu Zdrój nie miałem szczęścia. Heavy Mental nie wiedzieli jaki jest plan imprezy, ani że też tam będę grał, więc serdecznie zaprosili całą publiczność na przerwę na papierosa, czyli tzw. techniczną, po której miał się rozpocząć koncert Amerykanów. Czas nas gonił, więc nie zwlekając zacząłem nawijać do bitów puszczanych przez DJ'a HWR'a. Nie był to długi występ, trwał akurat tyle, że ludzie zdążyli wrócić pod scenę, a wtedy już ze zniecierpliwieniem wszyscy oczekiwaliśmy na MC's ze Stanów. Podobnie jak w Szczecinie, (było tak zresztą na każdym koncercie tej trasy) zaczął Torae. Fajnie widzieć, że ilość ludzi na imprezie, nie wpływa na zaangażowanie artystów. Torae zagrał z DJ'em Timmi Handtricks, pochodzącym z Niemiec. Timmi pomagał też wokalnie hypując Torae. Zestaw utworów był podobny do tego w Szczecinie i kolejnych miastach, więc nie będę tego opisywał, zajmę się może sprawami technicznymi. Tym razem soundcheck trwał nieco dłużej. Mozolne ustawianie racka z efektami opłaciło się i tym razem. Niewątpliwie na jakość dźwięku ma wpływ nie tylko akustyka pomieszczenia, ale też ilość ludzi, która w takim przypadku służy za wytłumienie. Raperzy z Ameryki brzmią solidnie, wyraźnie artykułują każde słowo, nie czekając na hypemanów, czasem wspomagając się nagranymi w tle refrenami, które sami sobie hypują, coś na kształt półplaybacku. Niestety i w Jastrzębiu, podobnie jak poprzednio w Szczecinie było dość ciemno. Oświetlenie w tych dwóch miejscach niestety na minusie. Klimat w Jastrzębiu oceniam na 4 z plusem. 

Wrocław to kolejne miasto, klub Bezsenność - na suportach Aka De Mic, Mahatma, Zhas, Heavy Mental, Ematei Duch (w składzie z Lil Yo na majku i podkładami z MPC i DJ'skiego zestawu). Suporty zakończyłem ja, jako Tony Jazzu, a po krótkim oddechu, Torae, który notabene nalegał właśnie abym to ja zagrał bezpośrednio przed nim, poprosił jeszcze o krótką Jazzową zapowiedź. I stało się! Tłum z kawałka na kawałek pokazywał czym jest prawdziwy Hip-Hop i jak to rozumieć. W pewnym momencie Torae dostrzegł w publice jedną osobę, która nie reagowała na podrzucane przez niego do wspólnego wykonania tekstozy. Wytknął palcem, poprosił widownię o to samo. W taki sposób przekazuje się wiedzę, wymaga szacunku, prowadzi koncert. Po wielokrotnym „Party & Bullshit" na scenie zagościł Apollo Brown. Tym razem stojąc na wyższej scenie niż w poprzednich miastach, miał pole do popisu: wybijał werble w powietrzu, grał na niewidzialnych skrzypcach, stroił miny, karku mało nie połamał, rzucając z impetem głową do swoich tłustych bitów. W pewnym momencie aż chciałem wejść na scenę i chwycić jeden z leżących tam mikrofonów... ale to tylko rozgrzewka przed Simpsonem, pomyślałem, i dalej stałem jak zahipnotyzowany, przez te same bity, które słyszałem po raz trzeci na trasie. Czary? Chyba nie bardzo, ale tak już jest z koncertami, tam dostrzegamy piękno w dwójnasób, raz piękno samych bitów, dwa nagłośnienie, którego w domu nie uświadczysz. Guillty Simpson i tym razem prowadził swój koncert stabilnie, miażdżąc słowami jak gąsienicami czołgu. Jego bity nie są takimi bangerami jak u Torae, ale taki styl wprowadza specyficzny klimat, wprowadzając prawie w trans, prawie bo to przecież nie techno. Niestety kilka słów na temat akustyka, a właściwie tego kogoś, kto miał się zajmować nagłośnieniem. Dwa klapsy w ramach upomnienia: 1. Jeśli nagłaśniasz imprezę, to należy pilnować tego co się na scenie dzieje. W trakcie mojego występu prosiłem, machając prawie przed oczami, o głośniejszy odsłuch, jednak wzrok utkwiony w ścianę, ciężko było oderwać chyba.2. Klub i jego załoga przesadnie mocno naciskali na ramy czasowe, to jeszcze można jakoś tam zrozumieć, chociaż zaplanowanie obsuwy powinno być w każdej instrukcji przygotowywania koncertów... jednak wyznaczenie gwieździe wieczoru ostatnich 7 minut, z ostrzeżeniem, że się wyłączy dźwięk??? WTF??? Kto tu jest gwiazdą? To tyle Wrocław. Klimat na 5! 

Ostatni koncert w Katowicach. Zanim jednak dotarliśmy na soundcheck, zaplanowane było spotkanie z fanami w sklepie 12 cali. Mistrzowie Ceremonii ze Stanów robili sobie zdjęcia, podpisywali płyty i plakaty, chętnie też odpowiadali na pytania. Co do koncertu, zdecydowanie największa scena, chociaż najmniejsze wejście. Nie obeszło się bez drobnego zgrzytu: klub chcąc dotrzymać terminów zaczął wpuszczać ludzi, ale przecież trzeba zrozumieć, że soundcheck nie obywa się przy publice. Musieliśmy część ludzi poprosić o wyjście. Na szczęście nikt się chyba nie obraził, z tego miejsca dzięki za wyrozumiałość. Suporty jak wcześniej: Ematei Duch, Heavy Mental i Zgas. Tym razem miałem okazję przyjrzeć się Zgasowi. Na wcześniejszych koncertach dostrzegłem olbrzymi progres w brzmieniu. Kiedyś po prostu potrafił zagrać wiele instrumentów na raz, dzisiaj każdy z nich brzmi soczyście jak stek z polędwicy wołowej odpowiednio poprzerastanej tłuszczem. Do tego dochodzi jego kukiełka, Zgasik. Apollo Brown na widząc na czapce Zgasika napis NWA, chwycił się za twarz, i przez łzy wykrztusił: „tears of joy!". Zgasik żyje! Dodam, że to czysta przyjemność słuchać dialogów Zgasa ze Zgasikiem. Niestety i w Kato nie obeszło się bez problemów nagłośnieniowych: sprzężenia, brumienie, padnięty odsłuch dla dj'a w trakcie koncertu Ematei Ducha. Kompletny brak dźwięku z konsoli dj'a w trakcie występu Tony Jazzu uratował Zgas, który wbił na scenę z Tonym i razem dali pokaz Freestyle. Dla raperów z Ameryki sprzęt zagrał jednak bez większych problemów. Ostatni raz miałem ich zobaczyć, każdy z numerów znałem już prawie na pamięć, a jednak chciałem więcej, jak narkoman, który chce kolejnego strzała. Biegając po scenie z aparatem i skacząc jednocześnie, czułem, że jest to jedyne miejsce, w którym chciałem teraz być... Kolejny raz Torae pokazał swoją klasę, widząc że jakiś typ siedzi na ramionach kolegi, zwrócił się do nich w swoim stylu: „that's weird Bro, thank You." Impreza dalej potoczyła się bez problemów, no chyba, że mówimy o problemach z pamięcią. Ekipa Amerykańska została w klubie do chwili, gdzie gazem trzeba było cisnąć do hotelu po walizy i jeszcze większym gazem na lotnisko w Krakowie. Następny przystanek - Saint Petersburg. Ale to już bez nas. 

Podsumowując, koncerty ludzi, którzy urodzili się w kulturze Hip-Hop, żyjących wśród setek tysięcy podobnych sobie, są inne... lepsze – tak, nie boję się tego powiedzieć. Ich skillsy są na poziomie do którego niewielu z naszych rodzimych artystów ma szansę dotrzeć. Profesjonalizm, podejście i szacunek do słuchacza, tego życzę naszej scenie, my tj. słuchacze dorośliśmy, nauczyliśmy się języka twórców i pionierów tej kultury, dzięki czemu przekaz dociera szybciej i głębiej zapada w naszej świadomości - mamy w końcu porównanie. Mam nadzieję, że taka zdrowa konkurencja podniesie poprzeczkę i będziemy coraz lepsi.

Sebastian „Tony Jazzu" Kuchciński