Newsletter

Nadchodzące wydarzenia

No Calendar Events Found or Calendar not set to Public.

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem

Recenzja: Łona - Koniec żartów

wielkość czcionki Zmniejsz czcionkę Powiększ czcionkę
Wydrukuj

Nie minę się z prawdą nawet o włos mówiąc, że na żadną polską płytę nie czekałem z taką niecierpliwością jak na debiut fonograficzny łony. Zapytasz, co kazało mi sądzić, że po tym wydawnictwie należy się spodziewać znacznie więcej niż po jakiejkolwiek innej rap produkcji made in Poland? Dla lepszego zrozumienia tego fenomenu, z myślą o osobach, które nie miały dotąd sposobności by zetknąć się z twórczością łony, służę krótkim przeglądem dokonan tego pana.

Z pierwszymi efektami jego zmagan ze słowem rymowanym miałem przyjemność zapoznać się słuchając cotygodniowej audycji poświęconej muzyce rap na antenie Radia Szczecin (Wu-doo). Było to w roku 96 i nic wówczas nie zwiastowało na tyle radykalnej odmiany moich poglądy na rymowy kunszt łony (wówczas: Do you wanna), że po upływie zaledwie 2 lat uznałem go za naprawdę utalentowanego mc. Mistrzowską formą poraził mnie z całą mocą przy okazji wydania "Owoców miasta" (nielegal Wiele CT - obecnie Wiele - jego macierzystej formacji), gdzie zwrotki naszego bohatera w ogromnej większości zasługiwały na miano najlepszych, co urasta do rangi najwyższego komplementu, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż o palmę pierwszenstwa przyszło mu walczyć z naprawdę wysokiej klasy raperami- Rymkiem i Roxim. Mój podziw dla łony wzrastał wprost proporcjonalnie do rozwoju jego kariery solowej. "Złota rybka", "My się znamy?", "Rozmowa", "Biznesmen"- te produkcje tylko zaostrzyły mój apetyt na pełno wymiarowe wydawnictwo. Nadal jednak nie napisałem, dlaczego o talencie tego wyjątkowego mc potrafię wyrażać się wyłącznie w superlatywach. Jakby to ująć, mamy w jego przypadku do czynienia z wyważeniem proporcji między stroną merytoryczną tekstów, a sposobem ich artykułowania na skalę dotąd niespotykaną, co cieszy tym bardziej, że jak wiadomo (przynajmniej niektórym), przerost formy nad treścią jest największą bolączką naszych raperów. Szczerze powiedziawszy mam dość katowania swych uszu nic nie wnoszącymi rymami klejonymi przez dobrych, czasem nawet świetnych technicznie mc, którzy nie mają do powiedzenia nic ponad to, co już dawno zostało opowiedziane przez setki im podobnych.

Płyta "Koniec żartów" będąca ukoronowaniem kariery muzycznej łony ponad wszelką wątpliwość dowodzi, iż posiadł on niesamowity dar - (a dokładnie całą ich kopalnię) nie dość, że dysponuje świetnym, przyjaznym uchu głosem, talentem do wyszukiwania naprawdę ciekawych rymów i charakterystycznym flow (że już nie wspomnę o dających o sobie znać zdolnościach aktorskich), to na dodatek z wielką łatwością przychodzi mu przemycanie w tryskających humorem rymach treści dydaktycznych w sposób nienachalny i niewymuszony ("Biznesmen", " Rozmowa"). Talent do unikania moralizatorskiego tonu i nadęcia idzie w parze z umiejętnością generowania niezwykłego ciepła, jakie emanuje z każdego niemal tracku. łona jawi się nam jako niezwykle wrażliwy człowiek, nawet gdy obiektem jego uczuć jest samochód znanej, choć niezbyt ostatnimi czasy popularnej zachodniej marki Trabant ("Helmut")hehe. Nieczęsto zdarza się memu odtwarzaczowi obcować z płytami polskich wykonawców, w stosunku do których nie byłbym zmuszony uciekać się do tak drastycznych metod ratowania zdrowych zmysłów jak co najmniej sporadyczne wciskanie guzika "skip". Solówka łony zdecydowanie nie zalicza się do kategorii albumów "przesłuchaj i odłóż na półkę".

Czytając recenzje albumów często natrafić można na stwierdzenia typu "ta płyta nadaje się na taką a taką okazję". Na szczęście "Koniec żartów" nie pozwala się umieścić w żadnej durnej szufladce - to potężny zastrzyk pozytywności na każdą okoliczność, którego aplikowanie zalecam ilekroć tylko odczujesz nagłą potrzebę poprawy samopoczucia. Wyjątkowo zaraźliwy humor nie opuszcza łony nawet na moment - celnie spuentowane opowiastki notorycznie doprawiane są szczyptą, bądź całymi garściami wybornego dowcipu. łona uczy bawiąc, albo też na odwrót. Wielka szkoda, że to Onar i Ośka zatytułowali swój album "Superrelaks", bowiem tytuł ten dużo bardziej nadawałby się do oddania zawartości recenzowanej płyty .

 

Zaznaczam, że akceptuję zawartość tego wydawnictwa w całej rozciągłości, dlatego właśnie nie opisuje zbyt obszernie poszczególnych piosenek - wszystkie one w równym stopniu zasługują na uwagę. Recenzując ścieżkę dźwiękową filmu "Blokersi" na łamach zinu hip-hop.pl napisałem, że niewiele jest na niej numerów o charakterze zapychacza. Z płyty łony z ciężkim sercem przyszłoby mi wyrzucenie nawet skitów (szczególnie "Konewki", w której nasz mc parodiuje pewien znany utwór). To, co Szczecinianin wyprawia ze słowami mogłoby posłużyć z podręcznikowy przykład perfekcyjnego opanowania sztuki władania słowem. Ośmielę się wręcz posunąć się do stwierdzenia, ze rap członka Wiele jest produktem wolnym od jakichkolwiek usterek. łona nie tylko rymuje do rymu (nie mylić z "byle do rymu"), ale na dokładkę, jakby tego było za mało - wyraźnie i na luzie, wspaniale przy tym deklamując poszczególne wyrazy, jakby uczestniczył w finale konkursu recytatorskiego (etap co najmniej międzyszkolny). Na usta ciśnie się pytanie: jak on to robi? Konia z rzędem za rozwiązanie tej zagadki.

Znany krytyk muzyczny Flintstone raczył był niegdyś wyrazić pogląd, jakoby styl łony znamionowało podobienstwo do dokonan innego wykonawcy nagrywającego dla Asfaltu - Fisza. Dobre sobie. Wpuśćmy zatem obu panów do jednego stawu - Fisz momentalnie przeobraża się w zabiedzoną płotkę, łona zaś nie dość, że przybiera postać ryby rozmiarami przypominającej walenia, to jeszcze ciało jego pokrywa łuska koloru złotego, dzięki czemu będzie on w stanie spełnić najbardziej nawet wyszukane zachcianki słuchacza (niczym tytułowa złota rybka z jednego z wcześniejszych nagran łony).

Co warte jest podkreślenia i pochwały- nie mamy do czynienia z kolejną podwórkowo-uliczną produkcją, na której nie mówi się o niczym innym niż brak zaufania, fałszywi przyjaciele i inne okropności tego świata. Wręcz przeciwnie, nie dość, że bezwiednie pozwalamy naszemu systemowi odpornościowemu na zarażenie się wirusem optymizmu, to na dodatek dawkowanego w kilkunastu wybornych porcjach, spośród których każda zaskakuje nas oryginalnym pomysłem. Przy koncu żadnej z piosenek nie jestem skazany na dokonywanie szczegółowej analizy w zakresie dociekania "co też łona chciał przez to wyrazić". Nigdy nie sądziłem, że coś może być proste i wyszukane zarazem. Takich tekstów na pewno nie napisze nastukany dzieciak , ale co ciekawe jestem pewien, że te same teksty są w stanie do takiego delikwenta dotrzeć, ba, co mądrzejsi będą nawet w stanie się z nimi identyfikować.

Oddzielny akapit należy się współsprawcy całego zamieszania - Webberowi. Zapewniam, nie trzeba legitymować się wykształceniem muzycznym, by uchwycić różnicę między prostymi, opartymi zwykle na jednym samplu podkładami z "Owoców miasta", a epatującymi różnorodnością, nasyconymi pozytywną energią, doskonałymi technicznie bitami, stanowiącymi idealne wprost tło dla dorównujących im klasą tekstów. Brawo.

Niniejszą recenzję cechuje niespotykana dla tego gatunku objętość. Nic w tym dziwnego, albowiem takich płyt nie wypada zbyć kilkoma zdaniami komentarza. Na dobrą sprawę, aby w pełni przybliżyć walory "Konca żartów" musiałbym posłużyć się inną formą ekspresji literackiej np. powieścią. A ty przecież czas spędzony na czytanie tego przepełnionego przymiotnikami zaczynającymi się na "naj" dzieła mógłbyś spożytkować w sposób znacznie bardziej produktywny np. słuchając opisywanego albumu. Doskonale zdaję sobie sprawę, że osoby preferujące elo- ziomkowe klimaty nie znajdą w tej recenzji nic, co skłoniłoby je do przesłuchania choćby początku "Konca żartów". Ponieważ jednak zależy mi na poszerzaniu horyzontów myślowych naszej młodzieży, zwrócę się bezpośrednio do tej części słuchaczy posuwając się do użycia języka, jakiego staram się unikać pisząc recenzje: ziomek, kurwa, sprawdź to! Bo to nie jest żaden inteligentny hip-hop, to jest zajebiście inteligentny hip-hop.

Gdyby co dziesiąta polska rap płyta była tekstowo w połowie (nie wymagajmy zbyt wiele) tak dobra jak "Koniec żartów", oznaczałoby to, że nasi mc osiągnęli wreszcie światowy poziom. A tak na marginesie, jak dotąd nie słyszałem w tym kraju lepszego rapu. Od dziś nie rozmawiam z nikim, kto nie podziela mojego zdania choćby w części. A zresztą, od dwóch dni i tak nie wychodzę w domu... to wszystko Twoja wina, łona.

 

Zawartość:

01. Jak nagrać 1szą płytę

02. My się znamy???

03. Włamywacz

04. Konewka (skit)

05. O jak dobrze (Full Flejwor Rimejk)

06. Helmut, rura!

07. Raperzy są niedobrzy

08. Fruźki wolą optymistów

09. Żadnych-gości

10. Bądźmy poważni (skit)

11. Nic z tego nie będzie

12. Rozmowa

13. Biznesmen

14. Rozterki młodego rapera (skit)

15. Emilia chce spać

16. Hiphop Non Stop

 

/Prezes

źródło: hip-hop.pl